czwartek, 6 grudnia 2018

L4


Ułożyłem ręce na piersi
Bo tak czasem lepiej dba się o czas
Przepływ

Wracam się odwracam
Może to ten widok myśli niespokojnych
Formuje pewność
Że opieram się wyłącznie o niestałości
A między czołem a ziemią
Nie ma już prawie dystansu

Zleciał z drugiego piętra a wszyscy myśleli, że
Tego dnia wybrał się w jednodniową podróż
A może wędrówkę po prostu nad
Rzekę,
By porzucać sobie kamykami i wyśpiewać szczęście

Kolejna karta pokazuje,
Że trzeba odwrócić się pewnie i pójść po swojemu przed siebie
Widzę, że drzewa śnięte jeszcze przymrozkiem
Mają swój powód, swój sen regularny
Wróżbom nie wierzę, choć chcę wierzyć,
Naturze ufam, choć boję się ufać
I tak dalej, i tak dalej,
Aż do samego krańca nocy,
Kiedy nogi zwiedzają sufit
A ręce chodzą po podłodze

Leżał sobie swobodnie
Patrzył przed siebie w płytki chodnikowe
Dziwiło go, jakim detalem odznacza się każda ich część,
Każde wgłębienie, nierówność i chropowata powierzchnia
Z pewnością kładli je przed laty mężczyźni,
Co wstawali rano i mieli swój rytuał,
Kłaść chodnik, gulnąć sobie i wrócić do domów a może kobiet
A może to inne archiwum,
Inna historia?

Mogę teraz urwać w połowie zdania
Wszystkie wygodne potyczki, czułości
Bo w słowach zabrakło prawdy,
Bo słowa stały się wzajemnym wypełniaczem okoliczności,
Które mogłyby sprzyjać właścicielom spod innego adresu,
Zbioru komórkowego, czy kraju
Tak więc urywam się
Tu masz moją krew,
A tam, o, kiedyś był mój dom
Mieszkałem w nim wraz z okolicznościami,
Tajemną skrytką na kamyki i snem,
Co spokój przynosi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz