Ułożyłem ręce na piersi
Bo tak czasem lepiej dba
się o czas
Przepływ
Wracam się odwracam
Może to ten widok myśli
niespokojnych
Formuje pewność
Że opieram się wyłącznie o
niestałości
A między czołem a ziemią
Nie ma już prawie dystansu
Zleciał z drugiego piętra
a wszyscy myśleli, że
Tego dnia wybrał się w
jednodniową podróż
A może wędrówkę po prostu
nad
Rzekę,
By porzucać sobie kamykami
i wyśpiewać szczęście
Kolejna karta pokazuje,
Że trzeba odwrócić się
pewnie i pójść po swojemu przed siebie
Widzę, że drzewa śnięte jeszcze
przymrozkiem
Mają swój powód, swój sen
regularny
Wróżbom nie wierzę, choć
chcę wierzyć,
Naturze ufam, choć boję
się ufać
I tak dalej, i tak dalej,
Aż do samego krańca nocy,
Kiedy nogi zwiedzają sufit
A ręce chodzą po podłodze
Leżał sobie swobodnie
Patrzył przed siebie w
płytki chodnikowe
Dziwiło go, jakim detalem
odznacza się każda ich część,
Każde wgłębienie,
nierówność i chropowata powierzchnia
Z pewnością kładli je
przed laty mężczyźni,
Co wstawali rano i mieli
swój rytuał,
Kłaść chodnik, gulnąć
sobie i wrócić do domów a może kobiet
A może to inne archiwum,
Inna historia?
Mogę teraz urwać w połowie
zdania
Wszystkie wygodne
potyczki, czułości
Bo w słowach zabrakło
prawdy,
Bo słowa stały się
wzajemnym wypełniaczem okoliczności,
Które mogłyby sprzyjać
właścicielom spod innego adresu,
Zbioru komórkowego, czy
kraju
Tak więc urywam się
Tu masz moją krew,
A tam, o, kiedyś był mój
dom
Mieszkałem w nim wraz z
okolicznościami,
Tajemną skrytką na kamyki
i snem,
Co spokój przynosi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz