Pamiętam, że nigdy nie czułem się tak swobodnie jak wtedy, w towarzystwie Sputnika. Pomimo warunków, w jakich przyszło nam dzielić ze sobą myśli, kawę czy papierosa o poranku, znalazłem ten spokój, którego przez dłuższy czas mi brakowało. Oczywiście, spokój ten zagłuszany był często przez Świat Zewnętrzny, ale Wewnątrz czułem całość, te momenty melancholii, które pozwalały mi wczytać się w siebie, nazwać koniec początkiem, i odwrotnie, winę nałożyć tylko na siebie i zasypiać koło osoby, która dawała mi poczucie schronienia w miejscu, które nazywałem w wyobraźni zagrożeniem. Bałem się każdego dnia, ale strach mnie pobudzał, by pójść trochę w głąb siebie. Obserwowałem często jej strach, może bliźniaczy, może odmienny, nie wiedząc wtedy jeszcze, jak mocno nas ten wyjazd rozdzieli. Dziś wiem, że wrócimy do siebie, ale najpierw każde musi zadbać o swoją klatkę piersiową i obraz w oczach, tuż po przebudzeniu.
Nazywasz milczeniem
Zatrzęsienie szarych komórek
Usta w dziób
I ręce związane
To skok przez płot
To radość chwilowa
Którą skropisz cytryną
Zapodasz w kawałkach
A potem gwiazdy
Ten cały zbiór słów
Pod niebem jestem
A chmury nieczułe mnie pochłaniają
Muszę myśleć cicho,
By szelest nie zbudził strachów spod rękawa
Muszę iść i myśleć
Myśleć i iść
Zabłądzić po swojemu
Rozpada się ciało,
Ciało się wije,
Tańczy, upada i wstaje.
Potem biorę się za nie
To koniec
Leżę nogami odwróconymi od słońca.
Kierunek Północ.
Najdłuższy koniec w ciągu roku,
Tego lata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz