wtorek, 29 sierpnia 2017
Zatracam zdolność rozróżniania nas sprzed, w trakcie i po. Kiedy oddycham już miarowo, a Ty wciąż leżysz obok, nie wiem, co przyniesie kolejna chwila, pomieszczenie, obraz za kotarą i zamykającymi się powiekami. Mnożę nas, liczę na palcach, czasami jesteś kruchy i biały, innym razem współtworzysz skałę i skaliste klify, po których chodzę na boso. Zamieniam nas w bóstwa, albo ślepotę i przywiązanie, kiedy nie wiem już, czy skakać przed siebie, czy wciąż trzymać się twardej ziemi. Leżysz obok. Noga. Tułowie. Tors. Broda. Nienazwane pierwiastki, z których wydobywasz z siebie westchnięcie, krzyk, uśmiech i łzy. Ja, tymczasem, chcę już przejść do kolejnej chwili, zajrzeć do innego pomieszczenia, obrazu za kotarą i oczami. Niecierpliwią mnie stałości. Konfiguracja pierwiastków z których składam się ja, stanowi o mojej niezależności i chęci szycia własnych gwiazd, własnych konstelacji, własnych kosmosów. Dziwi mnie dlatego, czemu należę do tej samej ludzkości, prehistorii, obyczajów i konwenansów kulturowych, a także podświadomej tendencji gatunku do łączenia się w pary. Jesteśmy parą, parą rąk, nóg, oddechów i przemyśleń. U mnie jednak, wszystko zdaje się wyprzedzać czas, cofać się, albo przewijać taśmy bezwiednie. Ty cenisz sobie chwilę, każdy dzień, słowo, dotyk. A mimo tego wolisz wyznaczać sobie żelazne ramy czasowe, zasady, stany emocjonalne i sposób chodzenia. Jesteś klifem i będziesz nim dopóki nie odwrócę wzroku w kierunku innego fragmentu, którym zaspokoję swoje oczy, a dzień wypróżni mnie znów do reszty i zmiażdży wszelkie wątpliwości.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz