wtorek, 11 lipca 2017

Do pisania potrzebuję ściągniętych wysoko na głowie włosów i destrukcyjnych myśli. Muszę też często wychodzić z domu, rozstrajać się przypadkowymi miejscami i ludźmi. Zagłuszanie się w tym przypadku stanowi odwrotny efekt, wracam więc wtedy zawsze do siebie nieprzyjemnie następnego dnia i do pisania wracam. Popełniam kilkanaście razy w roku mentalnie i podświadomie samobójstwo, pakuję się kilkanaście razy, zrywam ze swoimi nałogami, by potem zrobić krok do tyłu i zaczynać wszystko od początku. Zabawki wypadają mi wtedy czasami z rąk, dzwonię więc do nich, pytam o rady. Radzą mi być kobietą, nie-Edwardem, zmądrzeć i wziąć się za stałe rzeczy, chodzić po płaskich i łatwych do stąpania powierzchniach, wieść wygodne życie zbliżane za każdym razem pay passem. Lepię swoje przemyślenia w sztorm i huragan za oknem, musi mi być niewygodnie, bezsennie, na diecie składającej się wyłącznie z kawy i papierosów, musi być po prostu źle. Dostaniesz wtedy w zamian ode mnie książkę, z którą będziesz płakać, do której będziesz się uśmiechać, albo rzucać przez cały pokój o ścianę. Tylko nigdy nie pytaj mnie o matkę. Urodziła mnie dwadzieścia sześć lat temu na żółto, było wtedy ponad trzydzieści stopni na zewnątrz, rodziłem się przez całą dobę, bez wód płodowych, siny, bezużyteczny i miałki. Urodziła mnie na żółto, więc masz Ci los, szlag by to trafił, skasuj, wytnij, usuń, dalete, a fe!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz