wtorek, 21 lutego 2017

Dwie ulice

I.

A więc umrzesz już dziś - o Rozterko!
Otumaniony, leżący w zgliszczach piękna,
chłopiec przebierający się nocą w umarłych poetów,
dekadencję przy oknie i papierosa.

Zabrakło kolejnego świtu,
w jednym bucie,
w swetrze na drugą stronę,
przeskoczył od razu do późnego południa,
tam, w bladnącym świecie nieprzytomnych od uciech dorosłych dzieci,
doszukiwał się siebie,
rozdarty między prawdą,
a linią białego nieszczęścia.

Świat zewnętrzny istniał już tylko z opowieści.
Zebranych w nocnym klubie zdań,
ubranych w obrazoburcze pragnienie,
wśród nagich brzuchów, łokci i nóg,
wysysał z ich skóry pot, krew i męskość,
bojąc się o antyczne budowle...
O! bo ktoś chce wyburzyć antyczne budowle.
O! bo matka przyodziana w skórę węża.
O! bo wojna światowa rozpoczyna się w nogawce jego spodni.

II.

Tym czasem wszędzie lżej się ludziom żyło,
prało się, dzieci się prało,
leki jakby staniały,
te skurcze serca to od świeżego powietrza,
o mieszkanie i małżonka łatwiej było,
w heteroseksualnym, nowoczesnym budownictwie,
gdzie sąsiedzi życzliwi,
o, obok żabki, kotki, małpki,
otwarte przez cały, chciałoby się rzec dosadnie - boży rok,
dla Ciebie i Twoich potrzeb,
dla Twojej dziewczynki, która rano przed szkołą
kupi tam różowy długopis z głową Barbie,
a w drodze powrotnej odgryzie ją pierwszymi stałymi zębami.

Żyj więc i ucz się tego świata,
spożywaj godzinę przed posiłkami,
nie zapomnij tylko, żeby na koniec
spuścić po sobie klapę i wodę.

Wstań! Leżeć! Daj głos! Łapa!

Grzeczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz