wtorek, 7 lutego 2017
00:37
zapalniczka z kościotrupem. patrząc na nią, łaknąłem tych wszystkich miejsc, w których przy jej użyciu odpalała papierosa. miejsca te, określone ilością myśli, przeczytanych książek i chwil, które stanowiły jasny punkt odniesienia do rozważań nad sztuką, czy własną figurą, były jakby nieosiągalne, odludne, acz pożądane przez tęskniące oczy i nozdrza. stworzyłem je nie na potrzeby motywu, czy opinii, a czytelnej różnicy, że coś żyje, albo jest dobitnie martwe. zdzierając folię z zapalniczki z kościotrupem, chciałem tak bardzo nie być martwy, jakby ten akt stanowił o mojej poczytalności i życiu. rozbiegałem się jednak w tym wszystkim, celem nie był skutek, a nieme zadośćuczynienie, kara za niegrzeczne zachowanie i podjęte decyzje, których nie chciałem podejmować. byłem wyspą, z której chcesz się jak najszybciej za wszelką cenę wydostać, mężczyzną, który codzienne rano podaje tobie do łóżka kawę mimo twojego chłodu, marą senną, która kreśli nieprzyjaźnie twoje wszystkie uczucia wybebeszane na zewnątrz przez noc, raną na kolanie zdrapywaną jednostajnie, mechanicznie i precyzyjnie, spadkiem w postaci dwóch biegunów, zważonych wielokrotnie słów i niepoczytalności, codziennie hodowanej w tramwaju pełnym mgły. zapalniczka z kościotrupem. potem wstałem i wyszedłem, jak gdyby nie zdarzyło się nic, a przecież przemierzyliśmy wtedy w myślach kawał nas i świata.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz