Czułem jak przypływają i odpływają, unoszą się nad lub pod pościelą, gdzie jego gnijące do siedemnastej ciało wołało o troskę i współczucie. W tej rozsypanej na poduszce blond głowie kryło się dużo prawdy, której nie pielęgnował i po którą nie sięgał od tysięcy godzin. mościł się tak w niekomfortowej pozycji leżącej, dużo palił i nie wychodził do ludzi. Wyzywałem więc go od czasu do czasu na niemy pojedynek, podrzucając od czasu do czasu kawałek świata - zdjęcia, zasłyszane rozmowy, wybrane punkty na mapie, licząc na przebłysk w jego oczach, głód świadomości, czy mało widoczne, acz subtelne skinienie, aprobatę w postaci drżących koniuszków ust. Były rozmowy, próby, było przemieszczanie się po mieszkaniu, trochę w kuchni, trochę w łazience, trochę na balkonie. To były próby ratunku, ale tylko ja o tym wiedziałem. Tym czasem świat w jego odpowiedziach kurczył się w zastraszającym tempie, czasami wyrażany niedokończonym zdaniem, gdzie doszukiwałem się pointy, jego słynnych podsumowań, o których mówiło się zawsze w towarzystwie naszych znajomych, innym razem zgaszonym brutalnie w połowie pierwszego aktu papierosem. Szukałem więc aniołów, bo czułem, że tylko prawdziwy, przyjacielski uścisk dłoni albo pozornie mało znaczący spacer po przedmieściach nocy, obudzi w nim zew, chęć ostatecznego opuszczenia królestwa pościeli.
Ostatnio w naszym domu za dużo się prało, sprzątało, wycierało po raz kolejny blat kuchenny i kupowało "rzeczy" do domu. Nie było w tym prawdy. Zagłuszanie naturalnego i hodowanego przez nas latami genotypu bałaganiarza było jeszcze bardziej absurdalną próbą ucieczki od rzeczywistości. To tak, jak gdyby porzekadło mojej babki - "jeśli sprzątasz po sobie jeszcze raz, znaczy, że nie posprzątałeś wcale" sprawdzało się w tym przypadku namacalnie. Ucieczka w sprzątanie, oznaczała więc jeszcze większy bałagan w głowie. Zima z kolei, zabiła we mnie czujność. Nieznośna powtarzalność wszystkich ciemnych poranków, kawy, przeciskania się przez tłum i ośmiu godzin spędzonych w próżni, a potem powrotu, kawy, seksu, prysznica i spania, pożarła wrażliwość i potrzebę ciągłego poszukiwania. Poddawałem się kilkunastu chłostom codzienności, nie rozcierając później nawet ręką zaczerwienień na skórze i idąc dalej. Marazm i przebłyski. Wszystko było tak boleśnie niedokończone. Na zdjęciach odżywał, wiedziałem o tym doskonale. Chłód, statyczność i jego posągowa twarz stanowiły oczywiście kontrolowany przepych i różnorodność - cechy pożądane. Przeglądając je u siebie na dysku, chciałem, żeby ta aura dosięgnęła rzeczywistości. Kreacja wizualna miała więc w mojej głowie przeradzać się w to, co tylko osiągalne w obiektywie aparatu.
Któregoś dnia zbladłem i nawet styczniowy chłód nie wrócił mi kolorów na policzkach. Wychodząc wtedy po raz kolejny z domu, uświadomiłem sobie, że to ja eskaluję tą jego ucieczkę. Pamiętam pustki na ulicach, harmonię, ciszę - i jeszcze drzewa, które nieznośnie wtedy płakały (...).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz