Na samym końcu zdawało się, że chce przywłaszczyć sobie naturę, zmienną i niebezpieczną. Dywan kwiatów, które się pod nim ugięły, stanowił kontrapunkt, bezkres i niematerialną połać. W tym szaleństwie wciąż pozostawał rozsądek, każdy gest, krok, słowo, nawet jeśli impulsywne i pod wpływem chwili, układały się w całość, opowieść o niezabliźnionym sercu, dłoniach, które chciały dotykać, stopach, które chciały stąpać, twarzy, dopieszczonej przez słońce strukturze, gotowej na świat. Roszcząc sobie prawo do trawy, jej źdźbła, powłoki, a także każdej komórki z osobna, rozpadał się nieuchronnie w sobie. Był jednocześnie uosobieniem posągu, antycznego bóstwa, do którego się modlono, podziwiano i opowiadano. Zeskalowany majestat. Fragment i Całość.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz