Słońce zachodziło powoli na niebie w kolorze
fioletu i burgundu, przebijając się jeszcze przez stojącą naprzeciw mnie scenę.
Zewsząd otaczał mnie tłum spragnionych muzyki i większej ilości alkoholu ludzi,
którzy zaczynali powoli skandować nazwę ulubionego zespołu, gwiżdżąc i poklaskując
triumfalnie. Za chwilę miałem z nimi śpiewać Looking for a man with a focus and a temper/ Who can open up a map and
see between one and two, przedzierać się przez tłum do sceny i skakać w
rytm muzyki, przeżyć jeszcze raz odsłuchiwany na odtwarzaczu MP3 album „Daydream
Nation” i zobaczyć na własne oczy sylwetki jego twórców z przepoconego
T-shirtu, który na sobie miałem. Zanim miało to nastąpić, wróciłem do
kilkunastu znaczących minut, które spędziłem parę godzin temu w namiocie
Blondyna.
Kiedy wgramoliłem się do namiotu, zostawiając
przy wejściu swój plecak, zdałem sobie sprawę z bardzo małej przestrzeni, którą
miałem przez chwilę dzielić z jej właścicielem. Zdążył się już wygodnie
rozłożyć na rozłożonym śpiworze i wsparty na łokciu, przyglądał mi się badawczo.
Skrępowany i trochę zawstydzony spuściłem wzrok, po czym zacząłem swój
kilkuminutowy monolog, którego większości treści nie zapamiętałem. Plącząc się
niezręcznie poprzez rozmowę zapoznawczą opartą głownie na konwenansach i
żelaznych ramach, podziękowałem mu za gest z opaską, nieodzowną pomoc ( jak
mogłem do jasnej cholery użyć takiego określenia ) w przedostaniu się przez
bramki wejściowe i za to, że „mogę zatrzymać na czas festiwalu u ciebie moje
rzeczy” ( czy naprawdę musiałem to powiedzieć, skoro wiadomo było, że nie
chodzi o rzeczy? ), w końcu dotarłem do momentu, w którym zapadła niezręczna
cisza. Tym czasem jego komentarzem do mojej irracjonalnej paplaniny, która
zdawała się trwać w nieskończoność i świadczyć o mojej przykrej przywarze jaką jest
gadulstwo, było krótkie, prawdziwe i nieskończenie znaczące „Fajnie, że jesteś”.
Blondyn kompletnie panował nad sytuacją, leżąc wygodnie, słuchając mnie i
sprawiając, że coraz bardziej czułem się pogubiony. Nie musiał nic mówić, był
oszczędny w słowach i gestach, jego twarz zdradzała wyłącznie zainteresowanie
moją osobą, co jeszcze bardziej pogłębiało we mnie poczucie niezręczności i
zakłopotania. Wpadłem do Króliczej Nory, moim jedynym towarzyszem i
przewodnikiem po tym, co miało wkrótce nastąpić był Kapelusznik bez kapelusza,
on wyznaczał zasady i kolejne etapy gry mimo tego, że ja w znacznej mierze
mówiłem, opisując moje dotychczasowe życie, zainteresowania, miejsca, w których
byłem i wszystko, co tylko ślina na język przyniosła. W pewnym momencie wykonał
gest, który albo mogłem odczytać jako fakt, że w namiocie było potworne duszno,
albo jego chęć spędzenia ze mną czasu w inny, dosłowny sposób. Nie
spuszczając ze mnie wzroku i uważnie słuchając, rozpiął powoli nie jeden, a dwa
guziki swojej koszuli. W tamtej chwili Alicja poczuła nagłe zagrożenie, zdając
sobie sprawę z nieznanego, z czegoś co nigdy do tamtej pory nie widziała i nie
umiała nazwać. Kapelusznik ewidentnie nie zaprzątał sobie głowy duchotą w
namiocie, będąc bezczelnie pewnym siebie i prostolinijnym przewodnikiem,
któremu Alicja postanowiła za wszelką cenę nie ulegać.
- Muszę się przewietrzyć i znaleźć stoisko z
piwem – powiedziała wtedy Alicja, podnosząc się nagle i uderzając głową w dach
namiotu. Była pewna przebiegłości Kapelusznika, wiedziała, że od tamtej pory,
musi przejąć kontrolę nad grą i narzucić swoje, bardziej figuratywne zasady. Skoro
wpadła do Króliczej Nory, dając się uwieść Kapelusznikowi, musiała wyznaczyć mu
nienazwaną granicę i sprawić, żeby to on poczuł zakłopotanie i poczucie nieznanego.
- Chcę zobaczyć się z tobą na Sonic Youth –
powiedział stanowczo Kapelusznik, łapiąc ją za rękę. Nie mogła dać mu tej
pewności, dlatego jeszcze raz podziękowała za możliwość przechowania rzeczy (
tym razem z premedytacją i trzeźwością umysłu ), uwolniła się z uścisku, po
czym wyszła pośpiesznie z namiotu, zmierzając opanowanym krokiem w kierunku
Królowej Kier.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz