wtorek, 23 sierpnia 2016

Bawialnia M., fragm.

  Słońce zachodziło powoli na niebie w kolorze fioletu i burgundu, przebijając się jeszcze przez stojącą naprzeciw mnie scenę. Zewsząd otaczał mnie tłum spragnionych muzyki i większej ilości alkoholu ludzi, którzy zaczynali powoli skandować nazwę ulubionego zespołu, gwiżdżąc i poklaskując triumfalnie. Za chwilę miałem z nimi śpiewać Looking for a man with a focus and a temper/ Who can open up a map and see between one and two, przedzierać się przez tłum do sceny i skakać w rytm muzyki, przeżyć jeszcze raz odsłuchiwany na odtwarzaczu MP3 album „Daydream Nation” i zobaczyć na własne oczy sylwetki jego twórców z przepoconego T-shirtu, który na sobie miałem. Zanim miało to nastąpić, wróciłem do kilkunastu znaczących minut, które spędziłem parę godzin temu w namiocie Blondyna.
  Kiedy wgramoliłem się do namiotu, zostawiając przy wejściu swój plecak, zdałem sobie sprawę z bardzo małej przestrzeni, którą miałem przez chwilę dzielić z jej właścicielem. Zdążył się już wygodnie rozłożyć na rozłożonym śpiworze i wsparty na łokciu, przyglądał mi się badawczo. Skrępowany i trochę zawstydzony spuściłem wzrok, po czym zacząłem swój kilkuminutowy monolog, którego większości treści nie zapamiętałem. Plącząc się niezręcznie poprzez rozmowę zapoznawczą opartą głownie na konwenansach i żelaznych ramach, podziękowałem mu za gest z opaską, nieodzowną pomoc ( jak mogłem do jasnej cholery użyć takiego określenia ) w przedostaniu się przez bramki wejściowe i za to, że „mogę zatrzymać na czas festiwalu u ciebie moje rzeczy” ( czy naprawdę musiałem to powiedzieć, skoro wiadomo było, że nie chodzi o rzeczy? ), w końcu dotarłem do momentu, w którym zapadła niezręczna cisza. Tym czasem jego komentarzem do mojej irracjonalnej paplaniny, która zdawała się trwać w nieskończoność i świadczyć o mojej przykrej przywarze jaką jest gadulstwo, było krótkie, prawdziwe i nieskończenie znaczące „Fajnie, że jesteś”. Blondyn kompletnie panował nad sytuacją, leżąc wygodnie, słuchając mnie i sprawiając, że coraz bardziej czułem się pogubiony. Nie musiał nic mówić, był oszczędny w słowach i gestach, jego twarz zdradzała wyłącznie zainteresowanie moją osobą, co jeszcze bardziej pogłębiało we mnie poczucie niezręczności i zakłopotania. Wpadłem do Króliczej Nory, moim jedynym towarzyszem i przewodnikiem po tym, co miało wkrótce nastąpić był Kapelusznik bez kapelusza, on wyznaczał zasady i kolejne etapy gry mimo tego, że ja w znacznej mierze mówiłem, opisując moje dotychczasowe życie, zainteresowania, miejsca, w których byłem i wszystko, co tylko ślina na język przyniosła. W pewnym momencie wykonał gest, który albo mogłem odczytać jako fakt, że w namiocie było potworne duszno, albo jego chęć spędzenia ze mną czasu w inny, dosłowny sposób. Nie spuszczając ze mnie wzroku i uważnie słuchając, rozpiął powoli nie jeden, a dwa guziki swojej koszuli. W tamtej chwili Alicja poczuła nagłe zagrożenie, zdając sobie sprawę z nieznanego, z czegoś co nigdy do tamtej pory nie widziała i nie umiała nazwać. Kapelusznik ewidentnie nie zaprzątał sobie głowy duchotą w namiocie, będąc bezczelnie pewnym siebie i prostolinijnym przewodnikiem, któremu Alicja postanowiła za wszelką cenę nie ulegać.
  - Muszę się przewietrzyć i znaleźć stoisko z piwem – powiedziała wtedy Alicja, podnosząc się nagle i uderzając głową w dach namiotu. Była pewna przebiegłości Kapelusznika, wiedziała, że od tamtej pory, musi przejąć kontrolę nad grą i narzucić swoje, bardziej figuratywne zasady. Skoro wpadła do Króliczej Nory, dając się uwieść Kapelusznikowi, musiała wyznaczyć mu nienazwaną granicę i sprawić, żeby to on poczuł zakłopotanie i poczucie nieznanego.
  - Chcę zobaczyć się z tobą na Sonic Youth – powiedział stanowczo Kapelusznik, łapiąc ją za rękę. Nie mogła dać mu tej pewności, dlatego jeszcze raz podziękowała za możliwość przechowania rzeczy ( tym razem z premedytacją i trzeźwością umysłu ), uwolniła się z uścisku, po czym wyszła pośpiesznie z namiotu, zmierzając opanowanym krokiem w kierunku Królowej Kier. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz