czwartek, 28 kwietnia 2016

dobranoc

nie chcę
tych, co na Chwaliszewie substytutem spokoju wielkomiejskiego się chwalą
tych od Rzeźni, mężczyzn i kobiet, co handlują cudzym życiem i przeszłością
przejażdżka trwa, mijam Sołacz, drzew i wody w kolorze burgundu, uwiecznianych
na zdjęciu, oprawianych w sztukę, podziwianych jak w Arsenale, hiper,
a może cyber natury, dookreślonej filtrem, wiązanką tagów

zbiera się na torsje,
kiedy mijam tłum malkontentów na ulicznej Jeżycjadzie,
albo powierników bożych, teraz Łazarz, Hetmańska z Głogowską się krzyżuje,
a ja swoje dwa bieguny krzyżuje, sprawdzam ilość wywieszonych przez okna flag,
boje się, to nie minie, będzie jeszcze bardziej, mocniej, głębiej,
pod twoją obronę, albo światłość bez zmierzchu,
wyliczam wasze modły do proporczyków, skręcam,
Wilda, tutaj spokój zakrył kurz, zakurzył się język,
a księgarni dawno nikt nie odwiedzał,
na Górnej forsuje się z eko, Dolna w powijakach,
tam w bramie spotkasz bogów, którzy zetrzą ciebie w proch,
Dębiec, przypatruję się lasowi z betonu i płyty,
pada deszcz, oczyszcza, wypłukuje z międzybytu

zanim oczy zamknie sen,
źrenice zmiażdży ciemność pod poduszką,
a ból głowy od natłoku wypróżni noc,
wracam, na Strzeleckiej jestem już nieważki,
w kieszeni trzymam nóż,
na wszelki wypadek idę krokiem zdecydowanym,
z okna wypada ciało,
ktoś wolał zacząć żyć,
otulić się brukiem,
przypodobać grawitacji,
mijam ciało,

lewituję.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz