Nasze pokolenie umarło. Zakończyło się dziś,
gdzieś pomiędzy zachodem słońca, późnym wieczorem, kilkoma godzinami krótkiej
letniej nocy, a wschodem o poranku, dziś, pośród sterty nieludzkich ciał, nieludzkich
włosów, nieludzkich rąk i oczu, z
których każde wołało o spokój i sen. Stojąc w półśnie, w półcieniu, badałem
uważnie wiarygodność wszystkich moich myśli, z których każda rozpościerała się
tylko po tamtym pomieszczeniu, jak gdybym mógł opierać się wyłącznie na tym, co
widziałem i czułem. Zmysły. Czysta, a zarazem intuicyjna gra z samym sobą,
która podpowiada tobie jak wzejść, jak zabłyszczeć i jak zginąć. Krótka, a
zarazem długofalowa, będąca skutkiem minionych dni, miesięcy i lat, zabawa, do
której zaprosiłem dziesiątki istnień i którą współtworzyłem. Całe życie
zamknięte właśnie w tamtej jednej chwili, wyznaczanej przez stłumiony oddech i
przyspieszone bicie serca, w tamtym jednym pokoju, poza którym zdawał się
istnieć lepszy i spokojniejszy świat, wreszcie w mojej głowie, która
eksplodowała natłokiem tysięcy obrazów i odgłosów będącym chaotycznym i
impulsywnym kolażem, metaforycznym bojkotem tego, co można byłoby nazwać
zdrowym rozsądkiem, albo spokojnym, zorganizowanym życiem. Granice się zatarły.
Stojąc nad nimi wszystkimi, walczyłem z samym sobą, z własnym ciałem, które w
chwilach zagrożenia, czy niepokoju już dawno temu przestało reagować na bodźce
z zewnątrz, walczyłem, by zmusić siebie do biegu, do rzeczywistej ucieczki od
miejsca, które nazwałem bawialnią. Widziałem chude i wątłe ciała przyodziane w
brak snu, brak regularnej diety, brak syndromów uczucia i współczucia, wyprane
z myśli, energii, czystej, nieskażonej krwi, ciała upstrzone w brokat,
pozostałości makijażu na twarzy, w cienkie, albo grube, długie i krótkie blizny,
nakłucia od dziesiątek nocy, z których każda przybliżała do niebytu,
ostatecznego końca. W tamtej chwili, wszyscy stali się dla mnie biegaczami, z
których żaden nie zbliżył się nawet do pół-mety. Współzawodniczyli ze sobą,
ścigali się o zmysły, zapachy, bodźce, wreszcie o jeden dzień, w którym ciało
wchłania w siebie tlen, wychodzi na słońce i otacza się czystymi obrazami,
takimi jak natura, człowiek, zwierzęta, niebo, czy ziemia, obrazami jasnymi i
wyrazistymi, których nie deformuje żadna ręka, żaden głos, ani żaden impuls, by
jakoś przetrwać, a nie trwać. Ich bieg cały czas zbaczał z obranego kursu, ręce
zawsze dotykały czegoś przypadkiem, usta zawsze wypruwały z siebie serię
niezrozumiałych słów, a oczy zawsze rozbiegały się na wszystkie strony zamiast
skupić się na jednym istotnym punkcie, fragmencie, skrawku. W tamtym
mikroświecie wszystko było w makro-powiększeniu. Złe słowo, pauza w
nieodpowiednim miejscu, albo nieprzemyślana pointa znaczyły więcej niż milion
małych, drobnych potyczek, z których się składamy. Tak więc strącony przypadkowo
kubek ze stołu, oznaczał jazgot i katatoniczne dźwięczenie w uszach, potknięcie
o własne nogi serię chaotycznych ruchów mających na celu utrzymanie równowagi,
która kończyła się zazwyczaj głośnym trzeszczeniem kości i chrząstek, wybitymi
zębami, połamanymi nosami i twarzami uwalonymi potem, kurzem i krwią, a
przywitanie się ze wszystkimi zwykłym cześć, docierało albo do nielicznych
osób, albo było rozpatrywane na tysiące różnych sposobów, którym prawie zawsze
przyświecały złe intencje.
Nasze pokolenie umarło i nikt nie był w
stanie ani tego powstrzymać, ani temu zapobiec. Wydarzyło się to w ciągu
zaledwie jednej nocy, takiej samej jak tysiące innych przed, kiedy moja
bawialnia zapełniała się o określonej porze ludźmi. Chcąc stamtąd uciec,
odwrócić się za siebie, zerwać z wieszaka letnią kurtkę, otworzyć z rozmachem
drzwi i wybiec na klatkę schodową, by w nadzwyczaj kontrolowanym i
błyskawicznym tempie pokonać serię schodów na każdym piętrze, dobiec do drzwi wejściowych, aby wreszcie przedostać
się na świat, który pomimo swej szybkości, zmienności, ulicznego zgiełku i upalnych,
nie do zniesienia dni w połowie sierpnia, zdawał się być w tamtej chwili
jedynym remedium na ocalenie, pozwoliłem ciału osunąć się powoli po ścianie, dotknąć
ziemi pupie, piętom, łydkom, udom, dalej lędźwiom i całemu kręgosłupowi, na sam
koniec szyi i głowie, by ostatecznie odwrócić głowę w kierunku pierwszych
promieni słońca o poranku, wpadających przez zakurzone okno i studiujących moją
zmęczoną twarz. Zamiast tego, co doprowadziło nas wszystkich do upadku, moich
współtowarzyszy w przenośni, mnie dosłownie, zobaczyłem nagle morze, rozległe i
bezkresne. Pojawiła się później plaża, na której w odległości setek metrów od siebie
poruszały się małe, kolorowe kropki. Żeby im się przyjrzeć i każde z osobna zidentyfikować,
obraz zmienił kierunek i skierował się ku dołowi, mknąc przez podniebne
przestworza, w końcu zwalniając i zatrzymując się kilkanaście metrów nad trójką
postaci spacerujących obok siebie. Zobaczyłem najpierw kobietę i mężczyznę
idących w miarę równym tempie, choć różniących się krokami i sposobem chodzenia
po piasku. Mężczyzna ważył kroki, wbijając całą powierzchnie stopy w grząską
powierzchnię, kobieta natomiast zdawała się sunąć po ziemi, delikatnie stąpając
na palcach. Trzymali się za ręce. Mężczyzna miał na sobie lniane spodenki przed
kolano, idealnie uwydatniające umięśnione i smukłe łydki. Był lekko opalony,
gdzie-nie-gdzie mogłem dostrzec na klatce piersiowej, szyi, policzkach i nosie
piegi, które idealnie korespondowały z jego mleczną karnacją. Kobieta, niższa i
szczuplejsza, miała na sobie letnią sukienkę z motywem dzikich kwiatów i liści,
którą zdawały się dopełniać bryza morska i zgrabna sylwetka. Włosy, popielate i
bujne, związała z tyłu w luźny kok, co odsłaniało jej piękną, młodzieńczą
twarz, przepełnioną blaskiem. Tuż przed nimi, w odległości kilku metrów,
dojrzałem kilkuletniego chłopca poruszającego się nieskoordynowanymi krokami,
co chwila potykającego się i lądującego na piasku. Nie poddawał się, pomimo
trudności jaką sprawiało mu poruszanie się po piasku, chłopiec po każdym upadku
wstawał i biegł truchtem przed siebie. W jednej rączce trzymał wiaderko
wypełnione po brzegi znaleziskami wyrzuconymi wcześniej przez morze,
muszelkami, wodorostami, kamieniami i bursztynem, gładko oszlifowanymi patykami
i ptasimi piórami, drugą zanurzył w gęstej kruczo-czarnej czuprynie, kręcąc
pukle lekko wilgotnych włosów. Sprawiał wrażenie chłopca ciekawego życia,
rozglądał się na wszystkie strony, mężczyzna i kobieta zaś, trzymający się z
tyłu, nie spuszczali go z oczu, tworząc w trójkę zespół tancerzy, których kroki, gesty i ruchy tworzyły
skomplikowany układ choreograficzny, jednocześnie spójny i przemyślany.
Nagle obraz niespostrzeżenie oddalił się od
trójki spacerowiczów, a jego soczewka spoczęła na widoku zakurzonego okna w
pokoju, w którym leżałem. Przez chwilę zdawało mi się, że ktoś z premedytacją
zabrał strumień wpadającego przez nie światła, w pokoju zapadł niespodziewany
mrok, a jasno oświetlone ciała leżące wokół mnie spowiły cienie. Okno zaczęło
lekko drżeć, obraz za nim wypełniła ciemnozielona smuga, następnie ujrzałem
pękającą pod naporem niewidocznej jeszcze masy szybę i stróżki cieknącej wody,
które z każdą sekundą przybierały na wielkości i sile. Wstrzymałem oddech.
Virginia Woolf wracała ze zdwojoną siłą, przypominając o sobie w tamtej chwili.
Przybrała oblicze wody, która musiała zalać pomieszczenie, wypełnić je po
brzegi i oczyścić z całej jego zawartości. Woda wlewała się teraz do pokoju
strumieniami, zalewając leżące na podłodze brudne i śmierdzące ciała, a moja
świadomość, jasna i spokojna, podpowiadała mi, żeby szerzej otworzyć oczy. Nasze
pokolenie umarło, a dopełnieniem tego aktu rozgrywającego się na przestrzeni
jednej tylko nocy, była nagła ciemność, która otoczyła mnie ze wszystkich
stron.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz