wtorek, 19 kwietnia 2016

Bawialnia M., fragm.

  Nasze pokolenie umarło. Zakończyło się dziś, gdzieś pomiędzy zachodem słońca, późnym wieczorem, kilkoma godzinami krótkiej letniej nocy, a wschodem o poranku, dziś, pośród sterty nieludzkich ciał, nieludzkich włosów, nieludzkich rąk i  oczu, z których każde wołało o spokój i sen. Stojąc w półśnie, w półcieniu, badałem uważnie wiarygodność wszystkich moich myśli, z których każda rozpościerała się tylko po tamtym pomieszczeniu, jak gdybym mógł opierać się wyłącznie na tym, co widziałem i czułem. Zmysły. Czysta, a zarazem intuicyjna gra z samym sobą, która podpowiada tobie jak wzejść, jak zabłyszczeć i jak zginąć. Krótka, a zarazem długofalowa, będąca skutkiem minionych dni, miesięcy i lat, zabawa, do której zaprosiłem dziesiątki istnień i którą współtworzyłem. Całe życie zamknięte właśnie w tamtej jednej chwili, wyznaczanej przez stłumiony oddech i przyspieszone bicie serca, w tamtym jednym pokoju, poza którym zdawał się istnieć lepszy i spokojniejszy świat, wreszcie w mojej głowie, która eksplodowała natłokiem tysięcy obrazów i odgłosów będącym chaotycznym i impulsywnym kolażem, metaforycznym bojkotem tego, co można byłoby nazwać zdrowym rozsądkiem, albo spokojnym, zorganizowanym życiem. Granice się zatarły. Stojąc nad nimi wszystkimi, walczyłem z samym sobą, z własnym ciałem, które w chwilach zagrożenia, czy niepokoju już dawno temu przestało reagować na bodźce z zewnątrz, walczyłem, by zmusić siebie do biegu, do rzeczywistej ucieczki od miejsca, które nazwałem bawialnią. Widziałem chude i wątłe ciała przyodziane w brak snu, brak regularnej diety, brak syndromów uczucia i współczucia, wyprane z myśli, energii, czystej, nieskażonej krwi, ciała upstrzone w brokat, pozostałości makijażu na twarzy, w cienkie, albo grube, długie i krótkie blizny, nakłucia od dziesiątek nocy, z których każda przybliżała do niebytu, ostatecznego końca. W tamtej chwili, wszyscy stali się dla mnie biegaczami, z których żaden nie zbliżył się nawet do pół-mety. Współzawodniczyli ze sobą, ścigali się o zmysły, zapachy, bodźce, wreszcie o jeden dzień, w którym ciało wchłania w siebie tlen, wychodzi na słońce i otacza się czystymi obrazami, takimi jak natura, człowiek, zwierzęta, niebo, czy ziemia, obrazami jasnymi i wyrazistymi, których nie deformuje żadna ręka, żaden głos, ani żaden impuls, by jakoś przetrwać, a nie trwać. Ich bieg cały czas zbaczał z obranego kursu, ręce zawsze dotykały czegoś przypadkiem, usta zawsze wypruwały z siebie serię niezrozumiałych słów, a oczy zawsze rozbiegały się na wszystkie strony zamiast skupić się na jednym istotnym punkcie, fragmencie, skrawku. W tamtym mikroświecie wszystko było w makro-powiększeniu. Złe słowo, pauza w nieodpowiednim miejscu, albo nieprzemyślana pointa znaczyły więcej niż milion małych, drobnych potyczek, z których się składamy. Tak więc strącony przypadkowo kubek ze stołu, oznaczał jazgot i katatoniczne dźwięczenie w uszach, potknięcie o własne nogi serię chaotycznych ruchów mających na celu utrzymanie równowagi, która kończyła się zazwyczaj głośnym trzeszczeniem kości i chrząstek, wybitymi zębami, połamanymi nosami i twarzami uwalonymi potem, kurzem i krwią, a przywitanie się ze wszystkimi zwykłym cześć, docierało albo do nielicznych osób, albo było rozpatrywane na tysiące różnych sposobów, którym prawie zawsze przyświecały złe intencje.
  Nasze pokolenie umarło i nikt nie był w stanie ani tego powstrzymać, ani temu zapobiec. Wydarzyło się to w ciągu zaledwie jednej nocy, takiej samej jak tysiące innych przed, kiedy moja bawialnia zapełniała się o określonej porze ludźmi. Chcąc stamtąd uciec, odwrócić się za siebie, zerwać z wieszaka letnią kurtkę, otworzyć z rozmachem drzwi i wybiec na klatkę schodową, by w nadzwyczaj kontrolowanym i błyskawicznym tempie pokonać serię schodów na każdym piętrze, dobiec  do drzwi wejściowych, aby wreszcie przedostać się na świat, który pomimo swej szybkości, zmienności, ulicznego zgiełku i upalnych, nie do zniesienia dni w połowie sierpnia, zdawał się być w tamtej chwili jedynym remedium na ocalenie, pozwoliłem ciału osunąć się powoli po ścianie, dotknąć ziemi pupie, piętom, łydkom, udom, dalej lędźwiom i całemu kręgosłupowi, na sam koniec szyi i głowie, by ostatecznie odwrócić głowę w kierunku pierwszych promieni słońca o poranku, wpadających przez zakurzone okno i studiujących moją zmęczoną twarz. Zamiast tego, co doprowadziło nas wszystkich do upadku, moich współtowarzyszy w przenośni, mnie dosłownie, zobaczyłem nagle morze, rozległe i bezkresne. Pojawiła się później plaża, na której w odległości setek metrów od siebie poruszały się małe, kolorowe kropki. Żeby im się przyjrzeć i każde z osobna zidentyfikować, obraz zmienił kierunek i skierował się ku dołowi, mknąc przez podniebne przestworza, w końcu zwalniając i zatrzymując się kilkanaście metrów nad trójką postaci spacerujących obok siebie. Zobaczyłem najpierw kobietę i mężczyznę idących w miarę równym tempie, choć różniących się krokami i sposobem chodzenia po piasku. Mężczyzna ważył kroki, wbijając całą powierzchnie stopy w grząską powierzchnię, kobieta natomiast zdawała się sunąć po ziemi, delikatnie stąpając na palcach. Trzymali się za ręce. Mężczyzna miał na sobie lniane spodenki przed kolano, idealnie uwydatniające umięśnione i smukłe łydki. Był lekko opalony, gdzie-nie-gdzie mogłem dostrzec na klatce piersiowej, szyi, policzkach i nosie piegi, które idealnie korespondowały z jego mleczną karnacją. Kobieta, niższa i szczuplejsza, miała na sobie letnią sukienkę z motywem dzikich kwiatów i liści, którą zdawały się dopełniać bryza morska i zgrabna sylwetka. Włosy, popielate i bujne, związała z tyłu w luźny kok, co odsłaniało jej piękną, młodzieńczą twarz, przepełnioną blaskiem. Tuż przed nimi, w odległości kilku metrów, dojrzałem kilkuletniego chłopca poruszającego się nieskoordynowanymi krokami, co chwila potykającego się i lądującego na piasku. Nie poddawał się, pomimo trudności jaką sprawiało mu poruszanie się po piasku, chłopiec po każdym upadku wstawał i biegł truchtem przed siebie. W jednej rączce trzymał wiaderko wypełnione po brzegi znaleziskami wyrzuconymi wcześniej przez morze, muszelkami, wodorostami, kamieniami i bursztynem, gładko oszlifowanymi patykami i ptasimi piórami, drugą zanurzył w gęstej kruczo-czarnej czuprynie, kręcąc pukle lekko wilgotnych włosów. Sprawiał wrażenie chłopca ciekawego życia, rozglądał się na wszystkie strony, mężczyzna i kobieta zaś, trzymający się z tyłu, nie spuszczali go z oczu, tworząc w trójkę zespół  tancerzy, których kroki, gesty i ruchy tworzyły skomplikowany układ choreograficzny, jednocześnie spójny i przemyślany.
  Nagle obraz niespostrzeżenie oddalił się od trójki spacerowiczów, a jego soczewka spoczęła na widoku zakurzonego okna w pokoju, w którym leżałem. Przez chwilę zdawało mi się, że ktoś z premedytacją zabrał strumień wpadającego przez nie światła, w pokoju zapadł niespodziewany mrok, a jasno oświetlone ciała leżące wokół mnie spowiły cienie. Okno zaczęło lekko drżeć, obraz za nim wypełniła ciemnozielona smuga, następnie ujrzałem pękającą pod naporem niewidocznej jeszcze masy szybę i stróżki cieknącej wody, które z każdą sekundą przybierały na wielkości i sile. Wstrzymałem oddech. Virginia Woolf wracała ze zdwojoną siłą, przypominając o sobie w tamtej chwili. Przybrała oblicze wody, która musiała zalać pomieszczenie, wypełnić je po brzegi i oczyścić z całej jego zawartości. Woda wlewała się teraz do pokoju strumieniami, zalewając leżące na podłodze brudne i śmierdzące ciała, a moja świadomość, jasna i spokojna, podpowiadała mi, żeby szerzej otworzyć oczy. Nasze pokolenie umarło, a dopełnieniem tego aktu rozgrywającego się na przestrzeni jednej tylko nocy, była nagła ciemność, która otoczyła mnie ze wszystkich stron. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz