wtorek, 16 czerwca 2015

s/ś

dzisiaj widziałem jak znikasz w trzcinach. siedzieliśmy obok siebie, ty, ona i ja. młodość i ulotność tamtej chwili zdawała się być pretekstem do wyjęcia z kieszeni kolejnego papierosa. lato? a może to nasza wyobraźnia kazała nam pójść w głąb trawy, zobaczyć jak będzie umierać już niedługo. my zostaliśmy. ty, ona i ja. mimo wszystko widziałem ciebie jak wstajesz, oddalasz się bez słowa i znikasz z zasięgu mojego wzroku.
dziś nauczyłeś mnie zamykać drzwi od twojego pokoju. zamykałem je setki razy, mimo wszystko usilnie próbowałeś mnie nauczyć jak powinno się je poprawnie zamknąć. drzwi były niepoprawne. zepsute. zmyślne i mało łaskawe dla moich rąk. otwierały się po sekundzie, a ty odzierałeś mnie z pewności siebie jednym tylko słowem, gestem. nie mogłem zrozumieć, czemu to tak dla ciebie istotne, mało kto przecież zwraca uwagę na detale jak drzwi. pośpiech i roztropność, które mi ostatnio towarzyszyły nauczyły obserwowania tych tylko punktów, które były rozbieżne, mgliste, paradoksalnie najistotniejsze, tworzące całość. zostawiłem drzwi otwarte. złorzeczyłeś potem całej mojej postaci, niepodporządkowanej i niezłomnej. skrzypiały potem przez całą noc, kiedy liczyłem sny z twoich powiek i muchy na suficie. sen zdawał się być trofeum wyłącznie dla zwycięzców.
trzcina poruszała się niemal bezdźwięcznie. szeleściłem tylko ja stopami o żwir. wasza rozmowa zakłócana moimi bezsensownie lekkimi wtrąceniami tworzyła mimo wszystko piękny i spójny majestat między wami. nie udało mi się zmieścić między waszymi zdaniami. usilnie chciałem, prawie jak zawsze, sprostać wam i potężnej sile wykluczenia z rozmowy. dawno temu zatraciłem w sobie tą cechę pewności siebie, koncentracji, czy czytania sensu z oczu. czasami nabywam ją w najmniej oczekiwanym momencie, lśnię i wypalam się. nie dostrzegacie tego. nie wiecie ile mnie kosztuje uśmiechanie się, bycie, tworzenie kamuflażu. nie ufam sobie. nie ufam moim słowom, komentarzom, stwierdzeniom. rozsypują się w nanosekundzie. nikt ich nawet nie dostrzega. są by być, wyłącznie same sobie, pozostawiając potworną suchość w gardle, niedosyt, chciałoby się rzec.
szli w orszaku. jedno za drugim. cienie, które tworzyli były tylko cieniami, bo w takich chwilach człowiekowi ciężko o niedosłowność. zmierzchało, mógłbyś nazwać ten dzień najpiękniejszym dniem lata, jeśli chodzi o pogodę. miejsce zostało wybrane. lista ulubionych cytatów z książek i utworów muzycznych skomponowana. z jakiś mniej lub bardziej oczywistych przyczyn wybrała na tę okazję nie czerń, a pudrowy róż zmyślnie kamuflujący jej perłową bladość na twarzy. wtopiła się w tłum, mimo że wewnątrz była zniszczona i wyodrębniona. tworzyła indywiduum, które kochało i cierpiało, które chciało do niego przynależeć, stopić się z im w jedno, w całość. w dłoniach trzymała coś, co narysowała dla niego miliony sekund wcześniej, a czego nikt inny nie widział. pachniało sosną i mchem. nie byli w lesie.
dziś zabrałeś wszystkich moich kochanków. najpierw padło na t.s. eliota i williama faulknera. potem był t.h. white. następnie allen ginsberg. jack keruack. j.d. salinger. mark doty. ich imiona zanurzają się razem ze mną, kiedy wiesz, że wszedłem do rzeki. obładowany kamieniami, żeby ciało nie zaczęło walczyć i się bronić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz