poniedziałek, 20 lipca 2015

Bawialnia M. / fragm.

(fragment książki, którą piszę. za rok o tej porze, umysł będzie szukał pierwszego wydawcy, a ciało lawirowało z rączki do rączki. stwierdziłem, że mi się uda. w lecie moje palce u rąk są najbardziej niespokojne i rozprostowane. uderzają zawzięcie w klawiaturę. obserwuję jak łapczywie sięgają po słowa, konstruują śmiałe zdania, nie są moje. gdybym nie pisał, nie znałabyś mnie. wiesz o tym. )


Przewróciłem się na plecy. Moim oczom ukazała się droga mleczna, którą kilka lat temu ja i Fira zainstalowaliśmy na suficie w moim pokoju. W zasadzie chodziło o kilkanaście plastikowych gwiazd, planet i księżycy, które w ciemnościach świeciły fluorescencyjnym blaskiem. Niby nic, ot kiczowaty produkt, jaki można sobie kupić w każdym sklepie gadżeciarskim, dla mnie stanowiący pewną oazę spokoju przed zaśnięciem. Teraz widziałem jedynie białe kosmiczne kształty, w pokoju było bowiem jasno, słońce wpadało przez odsłonięte wcześniej przez moją mamę okna, widziałem drobinki kurzu unoszące się po całym pomieszczeniu.
Wróciłem do mojego snu. Co takiego mi się śniło? Starałem się przeanalizować te fragmenty, które zdążyły się ostać w mojej głowie, i których nie zrujnowała poranna rzeczywistość. Las…zapach piżmu…biegniemy…kto właściwie biegł? Na pewno był jakiś powód…słyszę jak odlicza…jego głos jest niski…przysiadam pod drzewem…rzuca się na mnie, obracając mnie na plecy…mocujemy się…czuję jak jego męskość nabrzmiewa w starciu z moim podbrzuszem…Mam to! Wiedziałem już doskonale, co mi się śniło, albo co nieświadomie przechwyciłem i zrealizowałem we śnie. Z szafki nocnej stojącej koło łóżka wyjąłem notatnik z papieru czerpanego, który podarowała mi rok temu w dniu urodzin Misia, zapisując w nim na kolejnej stronie Przesilenie letnie, 21 czerwca: sen – scena z filmu „Wyśnione miłości”. Scena leśna –zabawa w chowanego. W roli głównej ja i dwójka bohaterów z filmu, Marie i Nicolas. Do wyjaśnienia!!! Odłożyłem na bok zeszyt, siedząc po turecku na łóżku i odczuwając lekkie zmęczenie i zdezorientowanie. Dlaczego śniło mi się właśnie coś takiego, zastanawiam się w myślach. Widziałem ten film ponad rok temu w kinie. Poszedłem go zobaczyć z Misią. Godziny wieczorne, prawdopodobnie środek tygodnia. Oprócz nas w sali kinowej były chyba jeszcze dwie, góra trzy osoby, każda z nich opuściła w jakiś odstępach czasowych salę przed zakończeniem filmu. Żadna z nich nie dotrwała do końca. Film nie przypadł mi szczególnie do gustu, choć utkwił głęboko w pamięci. Trójkąt miłosny. Wystylizowane i dobrze zmontowane sceny. Bohaterowie ubrani i zachowujący się tak, jakby wyrwali się z minionej epoki. Klimat retro w nowoczesnej, przestylizowanej odsłonie. Dobra muzyka. Dalida we włoskiej odsłonie słynnej piosenki Bang, Bang. Nie byliśmy zgodni w kwestii tego obrazu. Ja starałem się doszukać w nim pozytywnych stron, Misia spisała go na straty. W zasadzie nie musiała nic powiedzieć. Wiedziałem co czuła. Po wyjściu z kina nie wypowiedziała się na temat filmu ani jednym słowem, czy trafną konkluzją, nie podsumowała go nawet jednym zdaniem. Miłości nie okazały się jednak wyśnionymi. Wracaliśmy potem przez puste miasto, a ona opowiadała mi o nowym albumie Arctic Monkeys.
Gubisz się we własnych snach, stają się coraz bardziej odrealnione, śnisz, żeby śnić. Czekasz na ucieczkę w połowie dnia, myślisz o ucieczce w sen częściej niż zwykle. Zamykasz oczy, kiedy twoja głowa opada na poduszkę i rozpoczynasz cały proces powstawania snu, jakbyś był reżyserem snów, specjalistą w tej dziedzinie…Moje myśli pobiegły własnym torem, nawet nie zdążyłem zarejestrować drogi z mojego pokoju do salonu. Po prostu nagle znalazłem się w innej części mieszkania, jak gdyby sztuka teleportacji należała do porządku dziennego. Moje ciało było wciąż ospałe, nogi nie przyzwyczajone do stawiania kroków, palce u rąk sztywne i ociężałe. W odbiciu lustrzanym widziałem szczupłego demona z rozczochranymi włosami, cieniami pod oczami, w wymyślnych bokserkach w jaskółki. Czająca się ukradkiem w głowie idea zrobienia sobie kawy, stawała się coraz bardziej oczywista i kojąca jednocześnie. Musiałem rozpocząć ten dzień, czas i okoliczności, w jakich się obecnie znajdowałem, nie dodawały otuchy, czy pocieszenia. Nadchodził oto ten pamiętny dzień, o którym przed kilkoma miesiącami wspominała cyganka Sabrina. Być może najbardziej przełomowy w moim dotychczasowym życiu.
Balkon, który zaprojektowała przed laty moja matka był jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w których przebywałem. Podłużny i dosyć szeroki, stanowił centralną część naszego wspólnego życia. To właśnie tutaj się paliło, tutaj piło wino, tutaj rozmawiano do białego rana, tutaj również podejmowano ważne dla mieszkańców tego domu decyzje. Ze zwykłego balkonu, jakich pełno w starych przedwojennych kamienicach, miejsce to zmieniło się w wiejską werandę z prawdziwego zdarzenia. Obudowana z przodu drewnianym szkieletem wypełnionym szkłem, stanowiła dla nas wielkie okno na świat, w przenośni i dosłownie. Pani domu zadbała o każdy możliwy szczegół zagospodarowania i zaprojektowania tej przestrzeni, również z punktu prawnego. Z niewiadomych do tej pory dla mnie przyczyn, z dnia na dzień pojawiła się pozytywnie rozpatrzona odpowiedź od konserwatora zabytków. Moja matka, obserwując moje zdziwienie powiedziała tylko „Idź do piwnicy i przynieś skrzynkę z narzędziami. Za godzinę przyjeżdża Stary. Będzie z nami majsterkował. I otwórz wszystkie okna w domu. Ja pochowam popielniczki i papierosy”.
Siedziałem wygodnie w wiklinowym fotelu na naszej werandzie i paliłem znalezionego w torebce Firy cienkiego papierosa. Nigdy nie rozumiałem zamiłowania kobiet do, jak się u nas mówiło, „cieniasów”. Po pierwsze, nie mogłem nawet się nim porządnie zaciągnąć, po drugie, zamiast przyjemnego muśnięcia dymu w gardle i na podniebieniu, czułem obrzydliwie mdławą woń tytoniu o jakimś wymyślnym posmaku. Niestety musiał mi wystarczyć przez kilka kolejnych godzin, nikt na naszej dzielnicy nie sprzedałby mi bowiem papierosów, wciąż wyglądałem według większości sprzedawców „zbyt młodo”, a „dowód osobisty, to na pewno podrobiłeś, gówniarzu”. Miało to oczywiście swoje dobre strony, o czym miałem się wkrótce osobiście przekonać.
Wyjrzałem przez jedno z uchylonych okienek. Tutaj czujesz się bezpiecznie, tutaj nikt ci nie zagraża. Tutaj możesz śmiało stać w wymyślnych bokserkach, palić bez końca papierosy, popijać kawę i czytać Virginię Woolf, pomyślałem sobie. Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty, przemknęło mi przez głowę pierwsze zdanie jej książki. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Słońce zdążyło już dawno dotrzeć i do tej części kamienicy, zalewając swoim blaskiem całe podwórko. Smagało moje nagie ciało i drażniło oczy. Wrzuciłem na wpół spalonego papierosa do popielniczki i wróciłem z powrotem do chłodnego jeszcze mieszkania, żeby sprawdzić, czy moja bliźniacza siostra nie zginęła w czeluściach pościeli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz