środa, 7 stycznia 2015

lwy i sowy

Kochać znaczy fotografować głową.
Na jego nadgarstku odnalazł metaforyczne wyboje w postaci cienkich i nieco grubszych blizn. Symbol niedojrzałości, problemów emocjonalnych, problemów natury psychicznej, złamanego serca, młodzieńczości, rzekłby podręcznikowo twój przyjaciel P. On odnalazł w nich jednak delikatność i kruchość emanujące z chłopca. Blizny. Góry. Wody. Lasy. Niemonochromatyczna przestrzeń. Pierwsze skojarzenia.
Tam gdzie zostawili swoje ciała na pożarcie lwów było dosyć chłodno i mrocznie. Jedynym światłem było żarówkowe słońce o zniekształconej, sztucznie wygenerowanej smudze, która zdawała się oziębiać koloryt ich ciał, jednocześnie zmieniając ich w artefakt nieskończoności, witalności, a zarazem niedostępności. Poza tym ściany: gołe i głodne. Krzesło, takie wiesz, banalnie proste, niewygodne, rzekłbyś szpitalno-szkolne. Takie wiesz, dupa by ci na nim zdrętwiała po pięciu minutach siedzenia. Takie, usiądź na nim i się zamknij, milcz, bo świat Cie nie kocha. Już wiesz, o jakim krześle mowa. Na sam koniec konstrukcja pościelowa. Góry i doliny, meandry, pagórki, niziny, co tylko sobie wymarzysz. Wszystko tam było, w sensie wszystko, co tylko mógłbyś uczynić z tą pościelą, albo w niej. Inteligencja przedsenna, międzyrzecze rozsądku i grzesznych myśli.
Przejdźmy teraz do stóp, o których nieczęsto z jakiś przyczyn mowa. Kadr Twoich oczu sięga teraz wyłącznie podłogi i kilkunastu centymetrów wzwyż. Widzisz bezdźwięczny taniec stóp, lekko chaotyczny i niezaprzeczalnie niekontrolowany. Bezdźwięczny, bo w obrazie tym zabrałem Tobie przyjemność obcowania z dźwiękiem, melodią, muzyką ciał. Musisz polegać wyłącznie na oczach, koncentracja Twoja w pełni musi być skierowana na stopy, a co za tym idzie symbolikę ich ruchów, kształt, a także zmieniającą się pomiędzy nimi odległość. Daje Ci nieco swobody, gdyż to jak się poruszają, gdzie wędrują i co z nimi robią nasi mężczyźni zależy wyłącznie od Ciebie. Niech w obrazie tym nie będzie miejsca na rozsądek, kurtuazję, savoir wuar, oto moja podpowiedź. Reszta należy do Ciebie i od ciebie zależy.
Lwy przyszły nieprędko. Najpierw pozwoliły im nakarmić siebie do syta, celebrować ulotność wszystkich chwil splecionych ze sobą w tym jednym pomieszczeniu, w tej prostocie i symbolice człowieczej, jednakże przyszły. Były takie jakie miały być w dyskursie kulturowym od zarania dziejów, waleczne, szlachetne, inteligentne, dzikie, jednocześnie opanowane. Koty. Koty Twoich wszystkich napadów impulsywności, albo momentu olśnienia. Miały na imię Wyobcowanie, Stagnacja i Koniec. Dopadły naszych chłopców.
Bo jeśli kochać znaczy fotografować głową, to później ta głowa zaczyna dostrzegać w tej drugiej osobie wady, do których sami się nie przyznajemy i od których stręczymy. A jeśli fotografujesz głową, jesteś tak samo zwodniczy jak aparat, który manipuluje obrazem w zależności od warunków pogodowych, ustawienia przysłony, odpowiedniej odległości, prędzej czy później wywołany przez ciebie obraz ten zacznie blaknąć, ewaporować. Blizny nadgarstkowe były mu znane, owszem, delikatne i kruche, stały się z czasem wielkie, ostre, nabrzmiałe i boleśnie chropowate. Były tym, kim oszukiwał się nie być, chłopcem tak dobrze mu znanym, który urósł do rozmiarów okrucieństwa i brutalności.
Wybranek nie poruszy się już więcej. Widzisz jego stopy, leżą tam, gdzie zaplanowaliśmy sobie pierwotny kadr. Cisza. Pustka. Tyko sowy nań ślęczą i opłakują, myśląc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz