Marzec, 1991 rok.
Pamiętam błoto, przez które przedzieraliśmy się każdego poranka, kiedy zawoziła mnie do szkoły. Ona paliła jednego papierosa za drugim, co chwila nerwowo spoglądając na zegarek, ja natomiast, z porozrzucanymi wszędzie po starym fiacie notatkami, próbowałem za wszelką cenę cofnąć czas, żeby zdążyć.
Droga do miasta, tak dobrze mi znana, wiła się między polami, łąkami i lasem, za którym mieszkaliśmy. Topniejący śnieg, gdzieniegdzie zalegający jeszcze u podnóży drzew i w dolinach, zwiastował niepokojące światło i novum. W tamtym okresie, mając ją obok, tak przepięknie złą i świadomą życia, odrywałem w sobie nowe pragnienia i lęki, które ciągnęły mnie w niebezpieczny świat mężczyzn.
- Wyjeżdżamy w sierpniu, trzy miesiące po twojej maturze. Musisz wybrać mądrze. To bezsensownie wąskie kompendium wiedzy, do którego zaglądasz teraz i wieczorami, musisz bezwzględnie przyswoić i posiąść. Chcą od ciebie wiedzy na poziomie szkoły średniej, daj im więc tą wiedzę. Potem zaczniesz robić to, na co będziesz miał ochotę. Obok mnie, oczywiście. Ja natomiast będę Ciebie pielęgnowała i dawała to, co do tej pory dawałam. Będzie pięknie.
Osiem zdań. Osiem solidnych, dobitnie i odważnie wypowiedzianych przez nią zdań, które zakołatały moim sercem. Matura. Mężczyźni. Wyjazd. Lato. Alkohol i książki. Ona.
- Mam jakiś wybór? – spytałem po dłuższej chwili ciszy, tak nieznośnie wypełniającej samochód.
- Nie licz na ojca. Jest wrakiem inteligentnego i wielkiego człowieka. Rozmawiałam z nim ostatnio przez telefon. Były łzy, groźby, próba manipulacji i wreszcie szantażu. Nic dobrego. – szminkowała usta, wjeżdżaliśmy więc z wiejskiej drogi na asfaltową.
- Mówisz, że po maturze dasz mi swobodę wyborów, jednocześnie dając do zrozumienia, że muszę wyjeżdżać z tobą – mój głos drżał i ugrzązł gdzieś w gardle. Nigdy nie byłem gotowy na nasze rozmowy o tej porze dnia. Rano błądziłem jeszcze pomiędzy snem a jawą, w świecie jaskrawych marzeń sennych. Analiza Freuda, którą porządkowałem i pielęgnowałem w mojej głowie od czasu, gdy pierwszy raz uważnie przeczytałem jego książkę, dawała mi poczucie przynależenia do konkretnych segmentów nauki, którą chciałem w przyszłości studiować.
- Mówię o twoich uczuciach. Przede wszystkim o tym, co chowasz teraz pod tym wełnianym swetrem. Nie wstydź się zapraszać twojego przyjaciela do naszego domu. Zrobię kolację, obejrzymy film. Jeśli będziecie chcieli zostać sami, daj znać. Pojadę do dziewczyn na dłużej. Jeśli będzie taka potrzeba, nawet na kilka dni. Nie ukrywaj przede mną tego, z czym oswoiłam się już kilka lat temu.
- Wydaje mi się – zacząłem powili zbierając myśli – że chodzi tu bardziej o Ciebie, niż o mnie. Jej ostatnią wypowiedź, która mnie onieśmieliła, starałem się jak najszybciej wyprzeć z głowy.
- Ten wyjazd dobrze Ci zrobi. Po pierwsze uszlachetni, po drugie wprowadzi w dorosłość – odpowiada patrząc przed siebie i odważnie prowadząc samochód – Znajdź w półce rozdzielczej jakąś dobrą kasetę. Może być Sting, David Bowie, albo Cindy Lauper. Wybierz któregoś z nich, w zależności od tego jaki masz dzisiaj nastrój. Ja jestem dziś Davidem Bowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz