( szkic )
nie bylo miejsca na rozsadek. w ustach popiol uczuc ktore wypalily sie pod oslona kolejnej samotnej nocy. nie ma nas. nigdy nie bylo. moje uda drza nieporadnie pod jego ciezarem uginaja sie rzesy a z ust wydobywa sie cichy szept. odrzucenie. zbyt trudne slowo. nie ma nas. nigdy nie bylo. w jego oczach zatracam sie bezpowrotnie. jego oczy sa labiryntem. moje wlosy nic ariadny. tango dloni po brudnej poscieli palce niby pajaki wedruja zwinnie po jego plecach. tortury mysli. nie ma nas. nigdy nie bylo. konczy we mnie brutalnie. rozrywa na czesci krucha jak papier skore. rzeka krwi. moja smiertelnosc. za oknem skrzypienie nieba. nie ma nas. nigdy nie bylo. teraz chmurnym czolem wodzi po podbrzuszu chlopiecej naiwnosci. lozko jest jedynie wymowka dla jego zlych uczynkow. sprawdzam wytrzymalosc moich dloni ktore zapadly sie gleboko w pierzyne. usta wchlaniaja w siebie pot jego syzyfowej pracy i sperme. nie ma nas. nigdy nie bylo. kreci sie i wierci jak w przerebli. klamstwa sa przeciez niewygodne i maja krotkie nogi. ostatecznie zostawia mnie na prawym brzegu przescieradla. jego wazka stopa zatyka mi nos i usta. dostep do powietrza nowego zycia jest praktycznie niemozliwy. czas na jego sen. czas na moja smierc.
nie ma nas. nigdy nie bylo.
Czytanie utrudnia brak polskich znaków :/
OdpowiedzUsuńza utrudnienia przepraszam. pisze z londynu. tutaj polskich znakow brak!
OdpowiedzUsuńuwielbiam takiego Ciebie, właśnie w takiej prozie
OdpowiedzUsuńcoz, milo mi. chyba tylko to moge napiac. dziekuje...
OdpowiedzUsuń