wtorek, 5 lipca 2016

O procesie pisania.

 Żeby tworzyć to, do czego zostałeś stworzony, albo nabrałeś ku temu pewności w procesie dorastania i rozwoju intelektualnego pośrednio z nim związanego, musisz odrzucić, jednocześnie przechwytując to, co powszechnie nazywa się dziś tak lekko, jakby zapożyczając z ówcześnie przeczytanego gdzieś, albo zasłyszanego słowa, które niesie za sobą wiele znaczeń, jak również i piętna określenia – konwenanse. Konwenanse. Garną się same do ust, albo myśli kiedy idziesz, na przykład zatłoczoną ulicą, czując, że musisz kogoś przepuścić w drzwiach, albo na ruchliwym przejściu dla pieszych, kiedy konspekt twojej pracy magisterskiej musi przybrać określoną, sformalizowaną strukturę, która nie oznacza nic więcej niż pracy odtwórczej, bazującej na twardych, żelaznych faktach, chociażby bibliografii, albo kiedy bierzesz udział w spotkaniach społecznych, odczuwając dyskomfort z tego co słyszysz, albo z faktu, iż nie chcesz, nie jesteś w stanie odezwać się słowem. Tak, wszystko to, co ciebie otacza, a co bynajmniej dotyczy pracy twojego umysłu, szlifowanego codziennie i dopieszczanego różnego rodzaju źródłami intelektu, jest naznaczone konwenansami, które, w bezpośrednim starciu z własnym ja na różnych tego znaczenia poziomach, ciężko jest odrzucić, albo schować do przysłowiowej szuflady. Najgorszy zdaje się jednak być fakt, iż rozpościerają się one na wyciągnięcie ręki, na chwycenie klamki, na wyjście z domu, jak również w przestrzeni, którą z kimś współtworzysz i w której żyjesz. Te perspektywy, choć pierwsze bardziej namacalne, doświadczalne i bezpośrednio w nas uderzające, sprawiają, że dajesz się im zniewolić, cofając się w procesie myślowym, albo hamując jego dalszy postęp i rozwój. Tak więc źródłem twojego niepokoju, może wcale nie być świadomość nieczytanych ostatnio tekstów naukowych, albo braku dostępu do ostatniej, nie przeczytanej jeszcze przez ciebie książki Virginii Woolf, a świadomość rozgrywających i dziejących się w twoim życiu konwenansów właśnie, wraz z którymi ucierają się pewne schematy światopoglądowo-społeczne, że nie należy, na przykład przyznawać się do tego, że czytasz w ogóle. To z kolei, prowadzi do współtworzenia i wchodzenia w sub-środowiska, z których żadne, mimo beztroski i uroku jej członków, nie jest tobie ani bliskie, ani potrzebne. Chęć próby życia, wychodzenia do ludzi, albo bywania z nimi staje się więc silniejsza od potrzeb umysłu, który poopowiada tobie, aby zachować jego asertywność i swego rodzaju dyscyplinę, jeśli chodzi m.in. o rozwój psycho-intelektualny, wspinanie się po różnych gałęziach wiedzy, a także przycinanie tych, które stają się zbędne, albo niepotrzebne w ściśle określonym czasie i procesie myślowym.
  Przedkładanie chęci obcowania z literaturą i jej współtworzenia, o czym było w pierwszym zdaniu, na chęć życia, jako takiego, w destruktywnym i naznaczonym samogwałtem technologicznym społeczeństwie, wydaje się być idiotyczne, lub co najmniej bezcelowe. Popkultura, może być przyjemna i smaczna jak lody waniliowe, jeśli wiesz, w której lodziarni je dostać. Pisanie przez Messanger, rzeczowe i całościowe, jeśli widzisz się ze swoim rozmówcą na żywo, przynajmniej raz w tygodniu. Zaglądanie na Pudelka przyjemne jak guma do życia, którą w odpowiednim momencie musisz wypluć. Nie chodzi więc o ucieczkę od kulturowych i społecznych konwenansów, w których dojrzewasz, a o przyglądanie się im, poddawanie, jak również filtrowanie i przechwytywanie tych najmniej szkodliwych i hamujących.
  To, co zacząłeś tworzyć dla własnego dobra intelektualnego, literatury i sub-systemu, w którym chcąc-nie-chcąc żyjesz, musi zostać skończone, dobitniej ujmując sformalizowane. Sztuka pisania, jak sztuki piękne, musi w pewnym momencie zostać sformalizowana, żeby przetrwać w najlepszej jej odsłonie, godnej jego autora, jak również czytelników, do których jest kierowana. Przechwycony ze świata otaczającego obraz, przetworzony w głowie na mnogie sposoby, musi zostać w końcu opisany, zatrzaśnięty na chwilę w słowa potrzask, z którego ostatecznie się wydostanie, zrekonstruowany i zdekodowany przez czytelnictwo, jako jego finalna odsłona. Wyżej wspomniana ucieczka, nie jest więc ucieczką samą w sobie, a swego rodzaju przybliżaniem się i oddalaniem od norm społecznych, z których większość nie jest nawet zasadna, a z którymi obcowanie staje się w pewnym sensie zasadne, aby stworzyć tysiące słów, zdań, metafor gotowych do druku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz