Żeby tworzyć to, do czego
zostałeś stworzony, albo nabrałeś ku temu pewności w procesie dorastania i
rozwoju intelektualnego pośrednio z nim związanego, musisz odrzucić, jednocześnie przechwytując to, co
powszechnie nazywa się dziś tak lekko, jakby zapożyczając z ówcześnie
przeczytanego gdzieś, albo zasłyszanego słowa, które niesie za sobą wiele
znaczeń, jak również i piętna określenia – konwenanse. Konwenanse. Garną się
same do ust, albo myśli kiedy idziesz, na przykład zatłoczoną ulicą, czując, że
musisz kogoś przepuścić w drzwiach, albo na ruchliwym przejściu dla pieszych,
kiedy konspekt twojej pracy magisterskiej musi przybrać określoną,
sformalizowaną strukturę, która nie oznacza nic więcej niż pracy odtwórczej,
bazującej na twardych, żelaznych faktach, chociażby bibliografii, albo kiedy
bierzesz udział w spotkaniach społecznych, odczuwając dyskomfort z tego co
słyszysz, albo z faktu, iż nie chcesz, nie jesteś w stanie odezwać się słowem.
Tak, wszystko to, co ciebie otacza, a co bynajmniej dotyczy pracy twojego
umysłu, szlifowanego codziennie i dopieszczanego różnego rodzaju źródłami
intelektu, jest naznaczone konwenansami, które, w bezpośrednim starciu z
własnym ja na różnych tego znaczenia poziomach, ciężko jest odrzucić, albo
schować do przysłowiowej szuflady. Najgorszy zdaje się jednak być fakt, iż
rozpościerają się one na wyciągnięcie ręki, na chwycenie klamki, na wyjście z
domu, jak również w przestrzeni, którą z kimś współtworzysz i w której żyjesz.
Te perspektywy, choć pierwsze bardziej namacalne, doświadczalne i bezpośrednio
w nas uderzające, sprawiają, że dajesz się im zniewolić, cofając się w procesie
myślowym, albo hamując jego dalszy postęp i rozwój. Tak więc źródłem twojego
niepokoju, może wcale nie być świadomość nieczytanych ostatnio tekstów
naukowych, albo braku dostępu do ostatniej, nie przeczytanej jeszcze przez
ciebie książki Virginii Woolf, a świadomość rozgrywających i dziejących się w
twoim życiu konwenansów właśnie, wraz z którymi ucierają się pewne schematy
światopoglądowo-społeczne, że nie należy, na przykład przyznawać się do tego,
że czytasz w ogóle. To z kolei, prowadzi do współtworzenia i wchodzenia w
sub-środowiska, z których żadne, mimo beztroski i uroku jej członków, nie jest
tobie ani bliskie, ani potrzebne. Chęć próby życia, wychodzenia do ludzi, albo
bywania z nimi staje się więc silniejsza od potrzeb umysłu, który poopowiada
tobie, aby zachować jego asertywność i swego rodzaju dyscyplinę, jeśli chodzi
m.in. o rozwój psycho-intelektualny, wspinanie się po różnych gałęziach wiedzy,
a także przycinanie tych, które stają się zbędne, albo niepotrzebne w ściśle
określonym czasie i procesie myślowym.
Przedkładanie chęci obcowania z literaturą i
jej współtworzenia, o czym było w pierwszym zdaniu, na chęć życia, jako
takiego, w destruktywnym i naznaczonym samogwałtem technologicznym
społeczeństwie, wydaje się być idiotyczne, lub co najmniej bezcelowe. Popkultura,
może być przyjemna i smaczna jak lody waniliowe, jeśli wiesz, w której
lodziarni je dostać. Pisanie przez Messanger, rzeczowe i całościowe, jeśli
widzisz się ze swoim rozmówcą na żywo, przynajmniej raz w tygodniu. Zaglądanie
na Pudelka przyjemne jak guma do życia, którą w odpowiednim momencie musisz
wypluć. Nie chodzi więc o ucieczkę od kulturowych i społecznych konwenansów, w
których dojrzewasz, a o przyglądanie się im, poddawanie, jak również
filtrowanie i przechwytywanie tych najmniej szkodliwych i hamujących.
To, co zacząłeś tworzyć dla
własnego dobra intelektualnego, literatury i sub-systemu, w którym
chcąc-nie-chcąc żyjesz, musi zostać skończone, dobitniej ujmując
sformalizowane. Sztuka pisania, jak sztuki piękne, musi w pewnym momencie zostać
sformalizowana, żeby przetrwać w najlepszej jej odsłonie, godnej jego autora,
jak również czytelników, do których jest kierowana. Przechwycony ze świata
otaczającego obraz, przetworzony w głowie na mnogie sposoby, musi zostać w
końcu opisany, zatrzaśnięty na chwilę w słowa potrzask, z którego ostatecznie
się wydostanie, zrekonstruowany i zdekodowany przez czytelnictwo, jako jego
finalna odsłona. Wyżej wspomniana ucieczka, nie jest więc ucieczką samą w
sobie, a swego rodzaju przybliżaniem się i oddalaniem od norm społecznych, z
których większość nie jest nawet zasadna, a z którymi obcowanie staje się w
pewnym sensie zasadne, aby stworzyć tysiące słów, zdań, metafor gotowych do
druku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz