poniedziałek, 6 czerwca 2016

Bawialnia M., fragm.

  Gdyby świat miał się skończyć właśnie w tamtej chwili, Mała nie byłaby już wielka. Jedynym fragmentem jej ciała, które zdawało się jeszcze lśnić i błyszczeć była burza blond włosów przykrywających kolana. Wybrała taką pozycję siedzącą, że pomimo niedogodności związanych z podróżą pociągiem, jakimi były nieznośny dla nozdrzy zapach zwilgotniałej tapicerki na siedzeniach i potworny zaduch w przedziale, udało jej się niepostrzeżenie schować przede mną i całym światem. Siedziała w ciszy, z łokciami wspartymi na kolanach i głową, którą ukryła pomiędzy nimi, a jedynymi atrybutami świadczącymi o tym, że nie wróciła właśnie z podróży na Księżyc, był odtwarzacz MP3 zwisający z szyi, puszka coli wystająca z trampka na podłodze, oraz książka Jima Kerouac’a „W drodze” leżąca obok na wolnym siedzeniu. Aura wielkości, którą wokół siebie roztaczała, maniakalnego zawłaszczania cudzych wspomnień i doświadczeń, megalomanii, a także fizycznej postury i wysokiego wzrostu jakimi była obdarzona, upadła, a na jej miejscu z łatwością pojawiła się kruchość, bezbronność i małość, tak jakby alkohol we krwi i wypłukany magnez z organizmu stanowiły rzeczowy dowód na to, że zmieniasz się, zapadasz się w sobie i trwasz godzinami w przerażającym smutku i ciszy, zagłuszanej przez wir własnych myśli i stukot pociągu. Przegrywała z samą sobą, chcąc wstać, żeby otworzyć na przykład okno, albo chociażby rozprostować nogi, poddała się niewygodnej i nagłej drzemce, w którą zapadła. Myśl, żeby wstać i przykryć ją moją letnią kurtką, a także pomóc jej rozłożyć się wygodnie na siedzeniach upadła, kiedy chwilę później postanowiłem udać się na triumfalnego i absolutnie egoistycznego papierosa do toalety. 
  Na korytarzu nie było nikogo. Jechaliśmy już kilka godzin, słońce zdążyło zawłaszczyć sobie większość nieba, a czerwcowy upał pomimo otwartych okien w pociągu dawał się we znaki. Zamarzył mi się prysznic, albo lodowata kąpiel w górskim potoku, kiedy stwierdziłem, że ręce kleją mi się do ubrania, a przepocona koszulka opina niewygodnie tors i plecy. Przeszedłem przez cały korytarz, idąc w kierunku toalety i obserwując jak w innych przedziałach ludzie tęsknią za tym samym co ja. Miłość i papierosy, przebiegło mi przez myśl. 
  W toalecie oparłem się wygodnie o lustro za umywalką i odpaliłem papierosa. Fioletowy dym, który spowił niewielkie pomieszczenie zdawał się koić moje nozdrza i chronić je przed smrodem pociągowego kibla PKP. Nagle poczułem wibracje w tylnej kieszeni i wyjąłem moją nieśmiertelną Nokię 3110 Classic, która w sposób solidarny i bezapelacyjny przetrwała ze mną dosłownie tysiące wzlotów i upadków. SMS od Dramy: „Jeśli uda Ci się dostać autograf od Sonic Youth, zerżnij ich ode mnie”. Uśmiechnąłem się sam do siebie i odwróciłem się w kierunku lustra. Byłem młodym chłopcem, w zasadzie młodym mężczyzną, który pomimo warunków panujących w pociągu, zlany potem i z puklami włosów przyklejonych do czoła, wciąż wyglądał młodo i świeżo. Emanował szczęściem i błyskiem w oczach, a prosty i szczery uśmiech, który gościł na jego twarzy określał jego nieskomplikowany, choć infantylny charakter. Kilkanaście przedziałów stąd jej świat zdawał się umierać, jego świat dopiero się rodził, formował. Stojąc przed nim otworem, rozpościerał się na wszystkie możliwie strony, dotykał ludzi i miejsc, zaglądał do serc i umysłów, filtrował emocje i uczucia, stając się jednocześnie całością, jak i fragmentarycznym spojrzeniem na to, co ulotne. Był wszystkim tym, co w tamtym czasie w sobie odkrywał i czego doświadczał, tworem stanowiącym o jego młodzieńczości i samoistnej chęci przygody, która zaczęła się kiedyś o poranku i trwała niekończenie przez wszystkie kolejne poranki, dnie i noce, w biegu i w bezruchu. Świat, którego nie kontrolował, był tym, co chciał posiąść, przeżyć i jednocześnie stracić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz