Moje wiersze zmalały,
ich rytm spowolnił,
a metaforom przestałem ufać bezgranicznie.
Tymczasem leżę wciąż w pokoju,
lewą nogą kreśląc w powietrzu dyskomfort,
jakim jest sufit,
jakim jest przestrzeń nazwana,
jakim jest czas.
Pomiędzy jednym przeciągiem a drugim,
pomiędzy słowem rzuconym na wiatr a prawdą,
której boimy się najbardziej,
pomiędzy kolejną kawą wypitą w pośpiechu
i kolejnym papierosem
spalonym bezrefleksyjnie w oknie,
zabrakło ich:
Szymborska nie domknęła znów okna,
Ginsberg przyniósł mi zdjęcie ojca,
a Poświatowska nie dogasiła papierosa
i teraz tli mi się w głowie.
Koniec.
Początek zimy też mogę nazwać końcem.
Tęsknotę zapakować do pudełka po butach
i schować do szafy.
Wiedzę o świecie odkurzyć, wypolerować,
przypodobać się Ziemi i Księżycowi.
Nie wiem, wyjechać gdzieś,
zmienić nazwisko,
włosy,
adres.
Moje wiersze zmalały,
pokój ziewa przeciągle,
kiedy znów gdzieś wybiegam w pośpiechu.
Liczę:
jeden krok, pięć, dwadzieścia cztery kroki.
Wołasz za mną "Dokądś".
Ja odpowiadam: "Donikąd".
Metafory same garną się pod skórę.
Czuję euforię,
która zastępuje miłość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz