Istnieją we mnie, tkwią gdzieś pod kręgosłupem mądrości, budulcem składającym się z krwi i kości, zawsze we mnie były. Czułem ich obecność, pojawiającą się stopniowo i w niezidentyfikowanym dotąd natężeniu, w codzienności, jak również w sferze duchowej, intymnej, składającej się w znacznej mierze z uczuć i emocji. Były jak powódź, stopniowo zalewając ciało, zaczynały od najważniejszych, moim zdaniem, części mojego ciała - stóp. Potem przedostawały się wyżej, po łydkach, udach, wreszcie zalewając brzuch i klatkę piersiową. Na końcu zajmowały się szyją i głową, aż wreszcie pochłaniały całe ciało, kruche i tak nieskończenie nieposłuszne.
Znów o sobie przypomniały. Teraz, kiedy wydawało mi się, że już wszystko w nim posiadłem, że zrozumiałem wszystkie zasady i konstrukcję jego umysłu. I nagle ta pewność siebie, wszystkich uczuć, którymi go darzyłem, stały się czymś wątpliwym i niepewnym. Nie umiem wytłumaczyć, nawet prostymi słowami, tego, z czym będę musiał się zmierzyć, jak dobrać odpowiednie słowa, żeby nie rzucić ich w pustkę, nie usłyszeć echa, nie spłonąć powodzią, tak dobrze mi znaną. Chciałbym usłyszeć od niego to, na co tak naprawdę zasługuję - obietnicę spokoju.
Wiosna przyszła niespodziewanie wcześnie w tym roku. Ubrała drzewa, kwiaty i łąkę w liście, pąki, mnie natomiast w samotność i niepokój. Przyszła zdecydowanie za wcześnie. Nie zdążyłem nawet przygotować moich rąk i serca do odtrącenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz