wtorek, 11 marca 2014

pourywane

odtwarzała schemat. schemat kobiety milczącej, umalowanej, rozebranej do gołych kości. nie paliła papierosów, po prostu chciała. chciała posiadać, chciała mówić rozumnie, niepłacząco. zrozumiała, że jednym tylko mrugnięciem powiek może wszystko. wywołać trzecią wojnę światową w jego spodniach, zmyć nieprzyjemności, codzienność, skradzioną i na powrót przybraną kobiecość i strach. uśmiechnęła się jeszcze raz. ostatni. jak lis.

***

płakała. w tym płaczu nie było łez, a czary. jakby ziemia z jej ojca i matki, nie baldachim lasu i połacie wsi, co osłaniały jej piersi i nozdrza przed złym światem, stała się na powrót uciechą. węch, niegdyś posłuszny przyjaciel, którym badała brudną bieliznę matki i tłuste plamy na białym obrusie, stał się obojętną drogą poza ego, poza w głąb siebie. chciała marzyć jak nieprzyzwoita dziewczynka, co kradnie pierwszy pocałunek z ust napotkanego chłopca, pierwszy deszcz o poranku. miłość znów nas rozedrze - śpiewał jej do ucha. narkotyzując się bezsennymi, biegła, biegła, nareszcie biegła.

***

poranek. widzę jak twoja wczorajsza twarz gubi się w dymie papierosowym. fioletuję go, żeby wyglądał znajomo. zgubiłaś gdzieś oczy. zostały tylko rozmazane kocie kreski i połamane rzęsy. burza włosów. jesteś taka w tym wszystkim samotna i zagubiona, że nie potrafię zdusić w sobie uśmiechu. a to przecież nieładnie, śmiać się tak z czyjegoś nieszczęścia. krzysztof zalewski. jaśniej. pokazuje ci, że moje nogi są jeszcze w stanie podrygiwać w rytm piosenki. potem kanapki z niczego. jakaś sałata. mozarella. pieprz. brakuje bazy, tłumaczę ci przez kilka minut, podstawy, która nadałaby im smak. wraca. obserwujemy jak schodzi po schodach, wypachniony, umyty, wyprasowany, taki nierzeczywisty. jest w nim coś sztucznego, coś odpychającego, myślimy sobie, wracając po ulicach pełnych ludzi, chybocząc się na boki, jak bezpańskie koty. już południe. obserwuję nasze odbicia w witrynie sklepowej. zaciskam pięść, odwracając wzrok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz