poniedziałek, 7 listopada 2011

wracaj już

Pobudzam do śmierci kwiaty doniczkowe stojące bezczynnie na parapecie. Okna liże swoim językiem okropne wietrzysko a deszczu ciężkie łzy bębnią głucho w szyby. Gołe ściany przyodziane w zdjęcia nagłówki z gazet wiersze listy plakaty. Wrastam bosymi nogami w zakurzony parkiet. Na podłodze skóra brunatnego niedźwiedzia. Bo cieplej przyjemniej będzie dla dwóch kikutów - stóp. Włączam kaloryfer na kości narzucam ciężki sweter i koc i grzeję się. Czas mój odwieczny wróg przecieka między gałązkami skostniałych dłoni którymi zbieram z podniebnych pajęczyn na suficie muchy i wpycham je sobie łapczywie do ust. Umysł swój pusty bęben obleczony czaszką i garścią suchych włosów głodzę słabostkami drobnostek chudych i płowych. Listopad depcze mi po piętach. Chryzantemy. Znicze. Parada ciał. Wszystko takie podniosłe uroczyste i grobowe zarazem. Ciało za ciałem. W kolejce do świata umarłych. Na cmentarze marsz.
Bombardując te chwile wyszukanymi przenośniami opisuję stan siedzącego we mnie ducha. Przed obiektywem oczu stają na moment pół Polski zachodnia Europa przeklęty kanał La Manche. Martwieję tęsknotą za Tobą obrastając warstwą smutku. Staję się nieużywanym meblem. Nieprzeczytaną i nielubianą książką. Niedopitą filiżanką herbaty. Płytą winylową złamaną na pół. Pustym pokojem w którym nikt nie mieszka. Wracaj już.

1 komentarz:

  1. Kochany, dziękuje.


    Półtora miesiąca i będę, nadrobimy puste godziny. Tęsknie z Tobą strasznie, śnisz
    mi się często. Całuję i ściskam- Moss.

    OdpowiedzUsuń