niedziela, 2 października 2011

nokaut.

stoi samotnie w kuchni i płacze cicho wśród warzyw i umarłych much co pływają smętnie
w kompocie śliwkowym. nie dosięga jej świat za oknem. słychać tylko odgłos noża którym ćwiartuje beznamiętnie głowę kalafiora i wątłe nogi marchewek. zegar biologiczny tyka. w zasadzie stoi już w miejscu. nieposłuszne piersi każda z osobna powędrowały w dół zatrzymując się w okolicach brzucha. twarz została oszpecona rzeką zmarszczek i bruzd w których dnia pewnego odkochał się jej mąż. dłonie niegdyś gładkie i delikatne teraz przyodziane zostały siedliskiem plam wątrobowych i samolubnych przebarwień. nieudolna gonitwa. gonitwa z czasem. autodestrukcyjna walka przed lustrem każdego dnia. szminka puder kredki cienie do powiek tusz do rzęs. codzienni nieprzyjaciele. podróż na samo dno starości.
kobieta krzywi się a ciężkie łzy od cebuli spadają do wnętrza garnka. trochę słoności nigdy nie zaszkodzi. tak dla smaku. dla własnego podniebienia.
wyprawia kolejną ucztę. dla czterech ścian. dla starej meblościanki. dla lodówki irena. dla dwóch krzeseł na których od święta nie siada nikt. uczta pięknych kłamstw. że on wróci że pojednają się na stare czasy że nawet ją czasami czule muśnie o zapadnięte policzki. że będzie jak dawniej że będzie mniej pił że nigdy nie podniesie na nią ręki.
stoi w kuchni. gotuje wywar nieszczęścia. królowa klinicznej czystości porządków domowych do tańca i różańca. zaraz rozpocznie się uroczysta kolacja. wcześniej jednak mantodea musi paść na wznak rozsypując się drobny mak. aż pryśnie ten czar ten wieczny mit ta pogoń za brakiem czasu brakiem samej siebie. cała w żałościach maryja-a-może-dziewica.
tym razem nie będzie happy endu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz