zgniłą jesienią witasz mnie
żurem w garze
matki wiadrem łez
to przez ciebie chudnę z dnia na dzień
w żywy szkielet przepoczwarzam się
serce - bańka fantomowych snów
pęka pryska no i cześć
sznurem szyję przyozdabiam
śmierci w wytrzeszcz patrzę -
przypodobam się
nie lubię ciebie o tej porze
deszcz ptaków liści mi na głowę
zrzucasz w jednej nanochwili
potem dziwisz się
że do domu umieram
budzę oczy tylko czasami
palce zaplatam
w niby pacierz
kikutów białych zatrzask
nie pytaj mnie, co ciągle widzę w niej
OdpowiedzUsuńnie pytaj mnie... i t d
ja o tej porze roku widzę w niej całą masę tworu, który składa się na moją depresję.
Usuń