ubrałem ciebie w słowa
stoickie spojrzenie matki
mankiety rozsądku
podwinięte do połowy
pod krawatem i w kołnierzu samotności
stoisz - sztywno
ćwiartując mnie wzrokiem
elegancki
wycierpisz mnie jeszcze
na trzy czwarte
wgryziesz się w szyję i duszę
a drwina -
moje ciało skulone w kącie żalu - niepokój
pojawi się na twoich ustach
ona stoi w progu
ucząc się nas na pamięć
z zakamarków ciszy
wypełzają głodne węże
dotykasz językiem naskórka
karmiąc je kłamstwem
Zawsze podwijam mankiety do maximum.
OdpowiedzUsuń