sobota, 16 kwietnia 2011

czuć ją neurozą.

ostatnio, jadąc zatłoczonym autobusem, wpadł mi w ręce artykuł o charlotte rampling. ze zdjęcia spogląda na mnie piękna kobieta po 60-tce, ubrana jedynie w swoją nagość, piegowatą karnację i ostre rysy twarzy. patrzy na mnie swoimi piekielnie błękitnymi oczami, a z kilku stron magazynu wyłania się obraz kobiety silnej, utalentowanej, niezależnej, a przede wszystkim pięknej. pięknej od wewnątrz. kobiety, która prawdopodobnie widząc siebie nagą przed lustrem, widzi w nim człowieka spełnionego i atrakcyjnego intelektualnie, a nie naznaczonego upływem czasu. charlotte udowadnia, że rozbierając się przed obiektywem, pokazuje nie tylko ciało, ale również swoje wnętrze, prawdziwe -ja. udowadnia, że "fizyczna atrakcyjność to wiele więcej niż tylko jędrne ciało". odrzuca starość, jednocześnie się jej nie przeciwstawiając. nie idzie pod skalpel, nie czyści swojej twarzy photoshopem, ani botoksem. jest autentyczna pod każdym względem, prawdziwa. tymczasem charlotte, która siedzi obok mnie w autobusie, zmaga się z nadwagą, starością i niekobiecością. na głowie ma moherowy beret, garsonkę starszą ode mnie, ciężką spódnicę i nylonowe rajstopy. na swoich barkach dźwiga cały świat, w którym przyszło jej żyć. szary, prosty i statyczny. dopięty na ostatni guzik - uporządkowany. dlaczego na mój uśmiech, reaguje panicznym strachem, wydukanym na pamięć "zdrowaś mario" i nerwowym oddechem? przecież na uśmiech powinniśmy odpowiadać właśnie uśmiechem. a nie uciekać w świat chmurnego boga, codziennych pielgrzymek do kościoła i myślenia o śmierci 24h na dobę, który pozbawiony jest nie tylko fizyczności, ale przede wszystkim atrakcyjności.

PS. na starość życzę wszystkim kobietom postawy pani rampling - a więc spojrzenia na swoje obecne ciało i świat z perspektywy młodzieńczych lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz