czwartek, 24 czerwca 2010

jesteś moim labiryntem

Świat wyglądałby całkiem całkiem, gdyby nie ten cholerny deszcz zacinający w szyby mojego okna. Leżąc do południa w pościeli i patrząc się bezmyślnie w sufit, odliczam godziny do zmroku. Chcąc nie chcąc, nie mogę oprzeć się pokusie zatelefonowania do ciebie. Walczę z samym sobą codziennie, od momentu, w którym widziałem ciebie po raz ostatni. Walka ta przypomina mi beznadziejną tułaczkę po jakimś wielkim labiryncie. Im dalej w głąb, tym szybciej tracisz poczucie czasu, rzeczywistości, samego siebie. Minuty wydłużają się w godziny, godziny w dnie, dnie w miesiące...
A ty, zagubiony w labiryncie własnego świata, próbujesz tylko znaleść wyjście. Idziesz więc dalej i dalej, z okropnym uczuciem pustki i niemożności wydostania się z potrzasku...
Ktoś mi kiedyś powiedział, że tylko raz w życiu jestem w stanie się prawdziwie zakochać. Chyba miał rację. A co jeśli teraz dotknąłem miłości, tej jedynej, niepowtażalnej, spełnionej? A co jeśli teraz jest mój czas, moje małe pięć minut zakochania?
Chciałbym wreszcie wydostać się z tego pogmatwanego labirynu, który spowity jest mgłą niepewności. Chciałbym wydostać się z tego przeklętego domu i spotkać jedynie ciebie. O nic więcej nie proszę... Możesz mnie minąć na ulicy, nie patrząc nawet na mnie, obejść mnie szerokim łukiem, nie odzywając się nawet. Ale przejdź obok mnie do cholery, daj minimalne uczucie, że moja tułaczka przez te wszystkie misiące, miała jakiś sens...

2 komentarze:

  1. tak, czasem nawet takie minimalne uczucie, o którym piszesz nadaje sens naszym staraniom, a nawet naszemu życiu

    P.S. Chciałabym, żeby ktoś patrzył na mnie tak jak ty patrzysz na swoją miłość

    OdpowiedzUsuń
  2. W twoim pisaniu również można się zakochać. Jesteś niezwykle prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń